Pokazywanie postów oznaczonych etykietą instrumental. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą instrumental. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 marca 2014

Thee Silver Mt Zion Memorial Orchestra "Fuck Off Get Free We Pour Light on Everything" (Recenzja)

     
"Fuck Off Get Free We Pour Light on Everything"

        Kanadyjski zespół post rockowy Thee Silver Mt Zion Memorial Orchestra  nigdy nie błądzi w swojej karierze czy stylistyce muzycznej. A nawet jeśli, to czyni owo błądzenie z gracją niczym grecka nimfa pląsająca figlarnie po mokrych kamieniach spokojnego jeziora. Na najnowszej płycie zatytułowanej przesłodko "Fuck Off Get Free We Pour Light on Everything" zespół dał upust swojej ciekawości europejskim folkiem, punkiem, doom metalem, jazzową improwizacją czy eteryczno-transową muzyką. Eksperymentów masz ci u nich dostatek... Członkowie zespołu zaskakują świetną formą i pomysłem na swoim najnowszym albumie.

Thee Silver Mt Zion Memorial Orchestra w komplecie na jednym z koncertów.
 
    Na wstępie warto nadmienić, że większość nagranych kawałków jest dość rozbudowana, toteż wysłuchanie ich w całości zajmuje trochę więcej czasu w porównaniu do przeciętnych utworów. Na "Fuck Off Get Free We Pour Light on Everything" znajduje się 6 kompozycji muzyczno-wokalnych, które trwają co najmniej od 2 do 11 minut. Utwory wymagają wiele uwagi od słuchacza, ponieważ występuje dużo zmian w trakcie trwania odsłuchu. Słuchając pojedynczego kawałka ma się wrażenie, że słucha się ich kilka np. w pierwszej kompozycji "Fuck Off Get Free (For The Island of Montreal)" na początku usłyszeć można niewinny głosik dziecka, który informuje skąd pochodzi zespół, dlaczego gra i hałasuje cytat "Because we love each other" :) Potem następuje świetne senno-brudno-olewcze-transowe gitarowe granie połączone ze śpiącym, nieczystym, grzesznym, punkowym wokalem Efrima Menuck'a. Do gry dołączają folkowe skrzypce, następnie bębny, elektronika, efekty gitarowe. W 2.33 minucie następuje jazzowo-folkowa improwizacja. Śpiew wokalisty intryguje i w połączeniu z muzyką nieźle hipnotyzuje. W 6.46 minucie kawałka zaczyna robić się naprawdę grubo. Transowy klimat zmienia nam się w mroczy, ciężki doom metal. Ach te gitary.....a przeraźliwy wokal kobiecego, miękkiego chórku z krypty...0_0 Strasznie się robi...Wzrasta napięcie, kończy dramatycznym głosem Efrima. Wysłuchując tego numeru ma się wrażenie, że spaceruje się po mrocznym lesie, który jest wypełniony czaszkami i krukami dziobiącymi zwłoki. Rozpaczliwy męski wokal w połączeniu z kobiecymi łagodnymi zaśpiewami robią swoje.

     Kanadyjczycy perfekcyjnie budują napięcie. Od powolnego grania do coraz bardziej dzikiego szaleństwa jest u nich o rzut kamieniem, jednak wszystko wymaga czasu. W kompozycjach da się dostrzec wirtuozerię, improwizacje "Austerity Blues".  Plusem jest intrygujące połączenie wokalne głównego lidera z chórkiem. Głosy dobrze się uzupełniają tworząc całość, nastrój. Eklektyzm słychać prawie w każdym zakamarku tej muzyki. W pewnych momentach można odnieść wrażenie, że słucha się opowieści marynarza na jakimś okręcie. A co, nie obce nam punkowe szanty, prasłowiańskie tańce wikingów itp. ("Take Away These Early Grave") Na płycie nie brak także spokojnych balladek. W "Little Ones Runs" odnajduje się senne kobieco-męskie wokale. Pianino, którego brzmienie przypomina spadające krople deszczu. Ciche bębny i skrzypce tworzą klimat niepowtarzalny. Dobry utwór na dobranoc, kiedy się chce pomarzyć o leżeniu na zielonych łąkach, lekkich chmurach itp. "Fuck Off Get Free We Pour Light on Everything" jest albumem sielskim, anielskim, ale połączonym ze smutkiem, mrokiem, cierpieniem, pięknem. Niekiedy piękne melodie, harmonie zostają brutalnie przerwane prze lamentujące, "płaczliwe" wokale, brudno, ciężko brzmiące instrumenty. Całe sedno tej płyty odzwierciedlać się wydaje najbardziej smutny utwór znajdujący się na krążku "What We Loved was Not Enough" i  słowa "and the day has come, when we no longer feel".


     Thee Silver Mt Zion Memorial Orchestra bez wątpienia nagrało płytę bardzo dobrą. Instrumentalnie, kompozycyjnie, wokalnie, aranżacyjnie trudno jest albumowi cokolwiek zarzucić. Jakkolwiek można odczuć np. w utworze "Austerity Blues" zbyt monotonne powtarzanie linii melodycznej tuż przed zmianą. Robi się niekiedy aż za bardzo new age-owo i sennie. Ta senność w pewnych momentach trwa odrobinę za długo. Chciałoby się, ażeby zmiana tempa utworu następowała szybciej. Na plus potraktować można improwizacyjne zapędy zespołu, połączenie piękna i smutku, brudu z czystością na albumie. Płyta jest idealna dla osób lubiących się czasami posmucić.

Ocena generalna 8/10
3 najlepsze piosenki : "What We Loved was Not Enough", "Austerity Blues", "Fuck Off Get Free (For The Island of Montreal)"


sobota, 4 maja 2013

Bad Bad Not Good

Bomba! Dawno, czegoś takiego nie słyszałam. Jako że, ostatnio uwiodła mnie muzyka zespołu Bad Bad Not Good stwierdziłam, że wielkim grzechem byłoby nienapisanie o nim.  Na dobry początek, wizualizacja... A oto i zespół trajga wspaniałych z Kanady:


Od strony lewej, grający na klawiszach Matthew Tavares,
w środeczku, główny granat zespołu, siejący postrach na perskusji, polskiego pochodzenia Alexander Sowinski i Pan number 3 w zielonym, szyjący na basie Chester Hansen

Mamy do czynienia z zespołem eksperymentującym, bawiących się jazzem, improwizacją, hip-hopem i elektroniką, instrumentalizacją. Mieszanka wybuchowych gatunków, odświeżająca cały jazz, jaki tylko powstał. Nowatorskie podejście daje zupełnie nowy wymiar jazzu. Nigdy czegoś takiego moje uszy nie słyszały...Jeśli o nich nie zrobi się głośno, to utracę wiarę w ludzkość. Jeśli teraz pomyślisz sobie...Eee tam nudy, trudny jazz to jesteś w dużym błędzie, bo ta muzyka nie jest starym, zardzewiałym, nudnym jazzem a czymś ciekawym i wciągającym.
Coś, co mnie uderzyło podczas słuchania ich dwóch płytek jest ich zgranie. Jamują sobie razem jak równy z równym. Doskonale się uzupełniają. Grają jak stare wygi.Bardzo dobrze budują kawałki. Najpierw grają wolno, pozniej nabierają tempa, osięgnięty zostaję szczyt/punkt kulminacyjny utworu. Wszystko ma sens w tym graniu. Zdarzają się ciche momenty, które czemuś służą na tej płytce:) Tworzy się klimat, nastrój.
Sporo kawałków coverowali, jeden z nich uwielbiam, a jest utwór Jamesa Blake'a "Limit to your love"
z ich drugiej płyty BBNG 2

A teraz trochę muzyki: elektronika z jazzem i hip hopem? Czemu nie :)


I kolejny utwór z tej samej płyty na koniec mojego artykuliku, miłego słuchania.




piątek, 5 kwietnia 2013

The Cinematic Orchestra

          The Cinematic Orchestra,  The Cinematic Orchestra,  The Cinematic Orchestra i tak mogłabym mówić w kółko, niczym jakąś mantrę...Coż za cudo. Co to jest za zespół...Band raczej znany, nie można go nie znać. Jakkolwiek, odczuwam wewnętrzny przymus napisania o nim czegokolwiek.

A tak ci zdolni Panowie wyglądają:




         The Cinematic Orchestra, jeśli miałabym najkrócej komuś nakreślić brzmienie tego zespołu. Proszę sobie wybrazić downbeat ambient w połączeniu z fusion jazzem, soulem, funkiem. Niezłe, prawda? The Cinematic Orchestra jest to elektronikowy, współczesny jazz ze smakiem. Nazwa zespołu dobrze oddaje nastrój, klimat kawałków. Kompozycje są klasyczne, napięcie zostaję ładnie zbudowane a potem następuje spadek, katharsis:), kojący efekt podczas słuchania. W dużej mierze utwory na ich płytach są instrumentalne, niekiedy jednak pojawia się wokal (np. wokalistek soulowych) i wtedy znowu po raz kolejny, czapki z głow bo wszystko pasuje, jest spójne i tworzy ten niepowtarzalny klimat.

      Misją zespołu jest (jak sami, zresztą określili w jednym z wywiadów) tworzenie utworów, soundtracków
do filmów, które nieistnieją :)Kiedy się słucha ich nastrojowych, po prostu pejzażowych, malujących utworów, nie da się z tym nie zgodzić. W ich muzyce nie ma ograniczeń, sięgają do gatunków muzycznych, jakich tylko dusza zapragnie. Porównać ich można do malarza, który ma na swojej palecie mnóstwo różnobarwnych farb, a każdy jego wytwór jest niezwykle intrygujący. W ich kawałkach znaleźć możną morze improwizacji, luzu. Słychać w zespole wiele zaangażowania i piękna, któro zabiera słuchacza w naprawdę niezwykły świat. Nieważne, że słyszysz jakiś basowy zaprogramowany beat,  kooperujący z keyboardami, świetnym gitarowym riffem, pasującą sekcją smyczków, w miarę prostym rytmem to i tak wytwarza się nienazwalny klimat. Ważną rzeczą, jest to, że w muzyce The Cinematic Orchestra występuje dużo równowagi jeśli chodzi o instrumentalizacje. Instrumenty nie przytłaczają poj. songów. Tylko je dobrze wypełniają. Równowaga i harmonia sprawia, że miło się słucha całości.

Kilka kawałków:
Ten jeden będzie długi ok.10 min ale warto go wysłuchać, jazzowa uczta uszna.
"Everyday" z płyty o tym samym tytule



I drugi kawałek "Night of the Iguana"





poniedziałek, 24 grudnia 2012

Jonas Hellborg - moje wielkie odkrycie

     
         Z moich świeżych, muzycznych odkryć. Basowy, rasowy wymiatacz.


Jonas Hellborg



      Wiem, że każdy kto chociaż trochę "liznął" muzyki jazzowej dobrze zna tę postać. Zawsze, nie wiedzieć czemu nie interesowałam się brzmieniem basu. Brzmienie to, denerwowało moje ucho i nie wchodziło. Słuchanie disco funku było i nadal jest dla mnie ciężkie. Ostatnio moje podejście do tego instrumentu  diametralnie się zmieniło. A wszystko to za sprawą Hellborga.
       
      Kim jest ów Jonas Hellborg? Jest on światowej sławy szwedzkim gitarzystą basowym.współpracującym z innymi świetnymi muzykami m.in.: Johnem McLaughlin, Ustadem Sultanem Khanem, Bucketheadem.

    Jonas Hellborg nauczył się sam grać na basie kiedy miał 12 lat. Na początku, grał głównie heavy rock'a i bluesa. Swoje podejście do muzyki i gatunku zmienił jak tylko usłyszał album "The inner mounting flame", nagrany przez The Mahavishnu Orchestra. I wtedy nastąpiła wielka fascynacja kombinowaniem w muzyce. Hellborg studiował Jazz i muzykę klasyczną.  Związał się z grupą muzyczną "Free Form Group" Na jego twórczość bardzo wpłynął John McLaughin. Hellborg badał i rozkładał na czynniki pierwsze twórczość Milesa Davis'a. Jonas świetnie poruszał się w czeluściach Jazz Rock'a. Tenże gatunek muzyczny eksplorował namiętnie grając w klubikach na południu Szwecji. Nie był za bardzo zadowolony ze współpracy z wieloma muzykami, dlatego też postanowił koncertować solo. Występować zaczął na jednych z najbardziej prestiżowych festiwali jazzowych, gdzie zapoznał się z najlepszymi muzykami. Stąd nawiązało się tyle udanych kolaboracji z tytanami jazzu. 
     Jeśli gatunkowo mielibyśmy zaklasyfikować gdzieś Hellborga, to na pewno byłby to fusion jazz.(Fusion, Jazz-Rock) "Fusion" czyli mieszanka funku pomieszanego z rytmami R&B, elektronicznymi efektami i elementami rock'a. Do tego, żeby nie bylo za łatwo występuje złożone metrum. Dodatkowo dodajemy do tego luźne improwizacje i pojawia się prawdziwa fuzja jazzowa. 

Jak zwykle kilka majstersztyków muzycznych. Kawałki, które wybrałam to prawdziwa uczta dla ucha.

Pierwszy kawałek Hellborga z Mclauglinem (bardziej techniczny, ale cieszy)


i  drugi fusionowy utwór :)